Majówka. Od kilku lat nie planujemy żadnych wyjazdów, bo specyfika Tomka pracy wymaga od niego obecności w firmie szczególnie w trzy pierwsze dni miesiąca. Każdy ją przeżywa i spędza na swój sposób, ja na przykład w łóżku. Tak, nie miałam kiedy zachorować, jak tylko w wolne piękne dni, w których mogłabym porobić milion przydatnych lub mniej rzeczy. Dawno nie pisałam nic na bloga, najwyższy czas to nadrobić! Widzieliście pewnie na instagramie heygoodway’a relację z wypadu nad morze, czas wrzucić coś tutaj.

Nad polskim morzem ostatni raz byłam jakieś 15 lat temu. To były te czasy, kiedy z rodzicami wyjeżdżało się jak za karę. O ironio, teraz marzę, żeby zabrali mnie gdzieś ze sobą 🙂 Cóż, oczekiwania zmieniają się wraz z upływem lat. Dlaczego tak dawno temu? Bo Bałtyk taki zimny, a jaki brudny. Bo tyle turystów wszędzie. I te ceny. Naprawdę zawsze wolałam wyjechać gdzieś za granicę i zobaczyć kawałek świata, wydając przy tym nie raz porównywalne kwoty.

W okolicach marca przyjechała do nas moja ukochana znajoma ze śląska. Piliśmy wino, graliśmy w jengę i we dwie lamentowałyśmy, jak to rzadko się widujemy. Stwierdziłyśmy, że koniecznie musimy wyjechać gdzieś razem – zorganizować taki super babski wypad! Akurat Tomek w kwietniu organizował wieczór kawalerski, który trwał 3 dni i był na końcu świata, więc wybrałyśmy tę samą datę. Na morze padło spontanicznie i w ogóle tego nie żałujemy. Umówmy się, mimo wszystko, będąc mieszkanką Polski nie chciałabym tylko raz w życiu być nad naszym morzem…

Pociągiem jeździłam dużo i często, ale kiedy studiowałam – czyli trochę czasu minęło i jeszcze więcej się zmieniło. Podsłyszałam gdzieś, że najlepiej wybrać Gdańsk, bo tam jest najlepszy dojazd. Bzdura! Całe Trójmiasto jest super skomunikowane. Zdecydowałyśmy się finalnie na apartament w Gdańsku Oliwa i stamtąd bez problemu podróżowałyśmy SKMkami.

W Oliwie nad morzem byłyśmy tylko raz. Jest tam taka plaża, która nazywa się „Jelitkowo”. Zaintrygowała nas ta nazwa, więc sami rozumiecie, musiałyśmy tam pójść 😀 Po jakimś kilometrze od naszego nowego domu stwierdziłyśmy, że jesteśmy genialne, bo wzięłyśmy zimowe płaszcze, czapki i szaliki. Dalszą trasę przebyłyśmy tramwajem, nad morzem postałyśmy maksymalnie jakieś 5 minut i cieszyłyśmy się jak dzieci, że pobliska restauracja jest otwarta.

Co do Gdańska – mają pyszne pączki 🙂 Jeśli mam być szczera, to miasto nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Typowo turystyczne miejsce. Hm, może nie zachwycają mnie już takie miejsca ze względu na to, że mieszkam w równie znanym i turystycznym Krakowie. A może dlatego, że pojechałam tam nie z nastawieniem się na zwiedzanie, a na totalny chillout i podładowanie padających już baterii.

W Gdyni nie byłyśmy, bo zwyczajnie brakłoby nam czasu. Natomiast najwięcej czasu spędziłyśmy w Sopocie. I to miasto naprawdę mi się spodobało. Wiecie, w zasadzie szłyśmy tylko deptakiem do morza, ale i tak czułyśmy jakiś nieopisany klimat tego miejsca. Oczywiście molo to jest mój number one! Mnóstwo ludzi dodaje stamtąd zdjęcia i zawsze zastanawiało mnie, skąd ten zachwyt. Ano teraz już rozumiem. Zdjęcia na białych ławkach wychodzą naprawdę bardzo dobrze 😀

Mam dla Was kilka, mam nadzieję, praktycznych wskazówek.

1) Jeśli przerażała Was długa podróż pociągiem, uwierzcie mi – te czasy już minęły. Nasz polskie koleje oferują Nam przejazdy, które trwają o połowę krócej niż kiedyś. Z Krakowa do Gdańsk Oliwa jechałyśmy trochę ponad 5 godzin.

2) Co zabrać ze sobą do jedzenia na podróż. Wyjeżdżałyśmy z Krakowa w piątek, ja natomiast w czwartek byłam w delegacji. Wróciłam późno i bardzo zmęczona, pakowałam się więc w piątek rano. Zrobiłam na szybko po toście i wybiegłam z domu. Zjadłyśmy je co prawda w już w pociągu, ale pewnie tuż za Krakowem. Dlatego skorzystałyśmy z WARSu. Mają naprawdę dobre i świeże jedzenie. A jak cenowo? Mimo to, ze mają w zasadzie monopol, ceny są raczej normalne. Za robioną na miejscu bułkę z warzywami i serem, zapłaciłam około 6 zł.

3) Ceny biletów – koszt na pewno będzie sporo mniejszy, jeśli zdecydujecie się na zakup na ok. miesiąc przed wyjazdem, czyli w zasadzie tuż po wprowadzeniu ich do puli sprzedaży.

4) Nocleg – jeśli jesteście zdecydowani na pobyt w Trójmieście, ale nie ma już dostępnych domków, pokojów czy hoteli – śmiało rezerwujcie coś na obrzeżach! Spałyśmy w Oliwie i jest stamtąd absolutnie super dojazd. SKM jeździ dosłownie co kilka minut, do Sopotu nasza podróż trwała około… 6 minut.

5) Miejsce na super reset? Trafiła nam się niezbyt wymarzona pogoda. Było potwornie zimno i wietrznie, ale za to słonecznie. Na końcu molo są falochrony i to one chronią przed największym wiatrem. Jeśli uda Wam się znaleźć kawałek wolnego miejsca na ławce tuż przy nich, to znajdziecie się w raju 🙂

6) Będąc nad morzem koniecznie trzeba zjeść rybę! A najlepiej w Sopocie, w barze „Przystań”. Pomimo to, że byłyśmy poza sezonem, w niezbyt sprzyjającą pogodę, kolejki były tak duże, że jakieś 30 minut czekałyśmy, żeby wejść choć do przedsionka tej miejscówki. BYŁO WARTO.

Similar Posts

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *