Niedziele bez handlu

 

lodowka.jpg

Dawno temu, jeszcze na studiach, miałam przygodę z pracą w centrum handlowym. Wiadomo, że była to praca z kategorii mniejsze zło, bo nie kolidowała z zajęciami na uczelni, a i można było zasmakować życia studenckiego. I to życie studenckie opłacić, haha.

Praca w galerii charakteryzuje się tym, że o ile od poniedziałku do piątku ilość klientów jest umiarkowana/ do wytrzymania, tak soboty i niedziele są istnym  huraganem. Klientów było tyle, że kierownik zatrudniał na weekendy dodatkowe osoby, a zyski ze sprzedaży były kilka razy większe niż w inne dni.

Niedziele handlowe i niehandlowe podzieliły społeczeństwo na zwolenników i przeciwników. Ja, ze względu na własne doświadczenia, jestem w stanie zrozumieć obie strony i raczej nie angażowałam się w dyskusje na ten temat. Fajnie, że na górskich szlakach pojawiło się więcej turystów, nad Wisłą mnóstwo ludzi spędza czas, a rodzice fundują dzieciom inną rozrywkę niż chodzenie do sklepów z ciuchami. Ale jak przychodzi sobota przed wolną niedzielą, lepiej iść do marketu zaraz po otwarciu. A najlepiej w ogóle w ten dzień tam nie iść. Kolejki są aż po lodówki na końcu sklepu, w których często brakuje produktów. Nie powiem, może irytować.

Postanowiłam o tym napisać, bo jak się okazuje, to poniedziałki są najgorsze i przestrzegam przed tym dniem tygodnia. Z racji tego, że wszystko, co świąteczne zostało zjedzone, po pracy pojechaliśmy na zakupy. Sklep wyglądał, jakby przeszło po nim tornado, a na półkach zostały puste kartony. No nic, nie było co kupić, więc pojechaliśmy do drugiego sklepu. I co? W drugim było dokładnie to samo! Dlatego ja kolacji nie zjadłam, a Tomek zajadał się ostatnimi plastrami żółtego sera. Bez chleba, bo nie było. Być może był to ogromny zbieg okoliczności związany z tym, że ktoś przedłużył sobie wolne w pracy i był to pierwszy dzień powrotu do codziennych obowiązków, jednak ja na wszelki wypadek będę omijać markety w poniedziałki.

 

Leave a Reply